- Gdybyśmy się we wszystkim ze sobą zgadzali, to po co byłoby potrzeba nas trzech – pyta retorycznie Tomasz Łuczywek. Z członkiem trenerskiego trio z Sosnowca podsumujemy rok ich pracy z pierwszą drużyną. Porozmawiamy też o najbliższych meczach z Arką Gdynia i Lechem Poznań.
Równo rok temu Zagłębie było świeżo po porażce z Okocimskim Brzesko, zajmowało ósme miejsce w II lidze, zwolniono trenera Mirosława Smyłę. Dziś jest na pierwszoligowym podium. A przed wami w ciągu kilku dni arcyważne starcie z Arką Gdynia, a potem wyjazd na stadion mistrza Polski, na mecz półfinałowy PP. Byłeś w stanie wtedy uwierzyć w taki scenariusz?
Akurat po meczu z Okocimskim decyzją prezesa dołączono mnie do sztabu pierwszej drużyny. To też pokazuje piękno sportu i że nie ma sensu za bardzo wybiegać w przyszłość. Byłem przecież trenerem zespołu juniorów młodszych i nigdy bym nie przypuszczał, że za rok będę pakował walizki i jechał na takie dwa ważne spotkania dla Zagłębia.
Nie brakuje w historii przypadków, gdy dany klub w szybkim czasie robi ogromny skok. Zazwyczaj jest to jednak związane z rewolucją personalną. Ale wasz przypadek jest inny. We wspomnianym przegranym spotkaniu w Brzesku wystąpili m.in.: Fabisiak, Sierczyński, Markowski, Ninković, Ryndak, Matusiak, Dudek, Fonfara i Arak. Dziś każdy z nich nadal jest w drużynie, a niektórzy są nawet jej liderami. Nie wierzę, że nagle nauczyliście ich grać w piłkę, czy klucz do sukcesu leżał dotarciu do głów piłkarzy?
Ja ze swojej strony przychodziłem do sztabu z konkretnymi pomysłami. Osobą najbardziej decyzyjnym w naszym trio był wtedy Robert Stanek. Dziś to Artur Derbin przejął jego rolę. Ale do dziś jest tak, że odpowiedzialność między nami rozkłada się po równo. Nie ważne czy ktoś jest pierwszym, drugim, trzecim trenerem czy dyrektorem sportowym, bo taką funkcję pełni też obecnie Robert. Wszyscy trzej jesteśmy stąd i wszyscy czujemy się też kibicami Zagłębia.
Wracając do pytania, w dużej mierze trzeba by je skierować do chłopaków. Niech to oni powiedzą co takiego się zmieniło, że zaczęli grać znacznie lepiej. Zgadzam się, że nie nauczyli się tego nagle w ciągu tygodnia, bardziej chodziło o kwestie mentalne. Coś chyba udało nam się odblokować w ich głowach.
Jak to się dzieję, że wasza trójka – ty, Artur Derbin i Robert Stanek - tak dobrze się ze sobą dogaduje? Nie widać żadnych animozji czy zazdrości, choćby o to, że dziś to Artur jest „frontmenem”. Czy u podstaw sukcesu leży to, że wszyscy jesteście jeszcze kolegami z drużyny. Widziałem kiedyś na stadionie w Sosnowcu zdjęcie Zagłębia sprzed lat, na którym wszyscy stoicie praktycznie obok siebie.
W tym miejscu trzeba przyklasnąć prezesowi Marcinowi Jaroszewskiemu, który stworzył z nas ten trzyosobowy sztab trenerski, określił zasady jak to ma wyglądać. I naprawdę nie ma sensu rozstrzygać, kto z nas ma większą odpowiedzialność. Wszyscy jesteśmy kibicami Zagłębia i zależy nam, by grało jak najlepiej i bardzo widowiskowo. Na razie to się sprawdza. Ale przed nami cała runda, która nas zweryfikuje, zarówno nas trenerów, jak i zawodników. Chcemy się jednak cieszyć każdym kolejnym meczem, teraz przed nami „akcja Arka Gdynia”.
Czy często zdarza się wam taka twórcza ostra burza mózgów dotycząca np. koncepcji składu? Gościłem na kawie w waszym pokoju trenerskim, on nie jest zbyt duży i tam w razie czego nie bardzo jest gdzie uciekać.
Oczywiście, ze dochodzi do takich sporów, ale przecież na tym to właśnie polega. Każdy z nas ma swoje zdanie i je wyraża. Wiadomo, że teraz to Artur jest osobą, która podejmuje finalne decyzje, ale ta burza mózgów jest wskazana, to jest klucz do dobrej współpracy sztabu szkoleniowego. Gdybyśmy się we wszystkim ze sobą zgadzali, to po co byłoby potrzeba nas trzech?
Macie poczucie tego, że udaną jesienią sami sobie zawiesiliście wysoko poprzeczkę. Dziś już nikt nie będzie patrzył na Zagłębie przez pryzmat beniaminka. Przeprowadzone zimą transfery tylko to potwierdzają. Trzecie miejsce na mecie sezonu nikogo w Sosnowcu raczej nie ucieszy.
Będąc tyle lat w sporcie nauczyłem się, że nie ma mniej ważnych i bardziej ważnych meczów. Zawsze trzeba dążyć do zwycięstwa. Oczywiście, że wysoko podnieśliśmy sobie poprzeczkę, ale dlaczego mielibyśmy tego nie robić, skoro umiejętności tych chłopaków są tak wielkie?
W drużynie macie kilku doświadczonych zawodników, którzy posmakowali już ekstraklasy. Sebastian Dudek i Jakub Wilk sięgali nawet po mistrzostwo. Czy to będzie teraz wasz kapitał? Oni przecież nie przestraszą się ważnych meczów ligowych, wizji awansu czy wyjazdu do Poznania.
Doświadczeni zawodnicy to skarb, a szczególnie tacy jakich my mamy. Markowski, Dudek, Fonfara czy Wilk to ludzie, którzy mają wiele meczów rozegranych w ekstraklasie. To jest niewątpliwie nasz plus. Ale pamiętajmy o tym, że w zespołach naszych najgroźniejszych rywali do awansu: Arce, Wiśle Płock czy Zawiszy, także występują piłkarze podobnej klasy. Nie patrzymy już za siebie, patrzymy przez pryzmat tego co mamy przed sobą. Wiemy, że mamy jeszcze wiele do poprawy i dbamy o to by tego dokonać. Ale na ten moment nie patrzmy na to, by spełnić oczekiwania w dalszej perspektywie, my musimy najpierw spełnić te oczekiwania w piątek w Gdyni.
Sam wspominałeś o tym, że cały wasz sztab szkoleniowy to byli piłkarze i kibice Zagłębia. Czy wizja tego co dzieje się wokół klubu, perspektywa budowy nowego stadionu, to jeszcze bardziej was nakręca ale też powoduje większą odpowiedzialność? Czujecie, że sukces sportowy musi iść w parze z tym, co wydarzy się w wymiarze infrastrukturalnym?
Nie nakładajmy na siebie dodatkowej presji, to jest zbyteczne. Każdy ma swoją działkę do zrobienia. Wiadomo, że budowa takiego obiektu wiąże się z ogromnymi nakładami finansowymi. Oczekiwania w stosunku do drużyny są też siłą rzeczy ogromne. Ale po co mamy o tym nadmiernie myśleć? Mamy do zrobienia jeden krok, za nim kolejny i na koniec życie nas zweryfikuje czy poziomem sportowym dorównamy klasie nowego stadionu. Oczywiście wszystkim ludziom zarządzającym klubem, także wszystkim kibicom, marzy się wielka drużyna, ale do tego potrzeba spokoju.
Po zimowym okienku transferowym kadra Zagłębia jest pod względem liczebnym na podobnym poziomie jak jesienią. Ale jakościowo mam wrażenie, że jest znacznie silniejsza. Doszło czterech zawodników – Wezałow, Bartczak, Bajdur i Martinez - którzy aspirują do gry w podstawowym składzie. Czujesz, że macie teraz większe pole manewru przy ustalaniu składu?
Tak, to jest nasz handicap. Gdy kończyła się jesień, mieliśmy świadomość tego, jaki ogrom ważnych meczów za nami i jaki bagaż doświadczeń zebraliśmy. Wiedzieliśmy też, że wiosną mamy do rozegrania około dziesięciu spotkań mniej. Kadra nie musi więc być aż tak liczna, by na każdej pozycji była walka na śmierć i życie o miejsce w składzie. Chcieliśmy za to dużej jakości i ją mamy. To plus dla trenera, dla naszego sztabu, że każdy z piłkarzy gwarantuje odpowiednia jakość. Nasza głowa w tym, by na konkretne spotkanie dobrać odpowiednich ludzi.
Carles Martinez – czy jego przyjście oznacza, że wreszcie macie alternatywę dla duetu Dudek-Matusiak? Mają „końskie zdrowie” i wydają się niezastąpieni. Ale dotychczas aż strach było pomyśleć, co się stanie gdy którego z nich zabraknie.
To piłkarz o bardzo dużych umiejętnościach. Bardzo agresywny w swoich działaniach, ale charakteryzujący się znakomitym odbiorem piłki. Nieszczęście Konrada Budka, który niestety trafił na stół operacyjny, zmusiło niejako dyrektora sportowego by zabezpieczyć kimś środek pola. Carles Martinez gwarantuje nam odpowiednią jakość i jest w drużynie bardzo potrzebny.
Trafił do was też Robert Bartczak z Legii. Powiedz szczerze, czy macie w drużynie innego zawodnika, który mógłby zagrać na większej liczbie pozycji niż on: lewa obrona, lewa pomoc, dziesiątka…
Bartczak to chłopak o ogromnym potencjale i życzę mu ogromnej kariery. Ale tak jak każdy musi patrzeć na najbliższy mecz, a nie na to, co może kiedyś osiągnąć. Marzenia i plany ma na pewno ambitne i będzie je teraz spełniał poprzez grę u nas. Rzeczywiście masz rację jeśli chodzi o jego uniwersalność. Już w sparingach grał na wielu pozycjach. Ma ogromny potencjał w ofensywie, w defensywie na lewej obronie mamy dobrą sytuację, więc nie ma potrzeby, żeby go tam sprawdzać.
Kibiców Zagłębia z pewnością interesuje stan zdrowia Martina Pribuli. Słowak zaliczył znakomitą jesień, strzelił w sumie w lidze i PP siedem goli, ale w Suwałkach go zabrakło. Czy w najbliższych meczach będzie już do waszej dyspozycji?
Na dobrą sprawę, mogliśmy zabrać Martina już na mecz z Wigrami. Ale wiedzieliśmy co nas czeka w najbliższym czasie i daliśmy mu jeszcze odpocząć. Pribula jest już w pełni zdrowy i gotowy na Arkę.
Wiem, że w waszym sztabie, to ty jesteś osobą odpowiedzialną w dużej mierze za taktykę. Masz już w głowie pomysł czym zaskoczyć Arkę? Całe wasze trenerskie trio, wspólnie z prezesem Jaroszewskim, było w niedzielę na trybunach w Katowicach. Arka w meczu z GieKSą pozostawiła po sobie bardzo dobre wrażenie, szczególnie za pierwszą połowę. Ale czy znalazłeś jakieś słabe punkty gdynian, w które spróbujecie uderzyć?
Oczywiście Arka na Bukowej rozegrała spotkanie po swojemu. Zrealizowała w stu procentach swój plan, szybko strzeliła gola, potem kontrolowała mecz i ukąsiła drugi raz. Mają wiele mocnych stron i my o nich wiemy. Ale też jak w każdej drużynie jest coś za coś. I mamy już plan jak zagrać w Gdyni, zresztą uważam, że również mamy bardzo dobry zespół.
Czy to będzie kluczowy mecz dla losów walki o awans, czy może tak samo ważny jak wiele innych?
Tabela jasno pokazuje, że spotykają się druga z trzecią drużyną. Ktoś może pomyśleć, że to jest rzeczywiście najważniejszy mecz sezonu. Ale on jest najważniejszy tylko dlatego… że jest najbliższy. Ta liga jest tak wyrównana, że nie odkryję niczego nowego, mówiąc że awans robi się w spotkaniach z drużynami z dołu tabeli, to z nimi nie można tracić punktów.
Jesienią wygraliście z Arką 4:2. Ale początek nie był dobry w waszym wykonaniu, straciliście gola, po chwili mogliście stracić kolejnego. Udało się wam jednak odwrócić losy rywalizacji. Czy będziecie uczulać szczególnie zespół, żeby w piątek nie dał się zaskoczyć w pierwszych minutach?
Pamiętamy jak wyglądał mecz z Arką w Sosnowcu. Ale kto widział nasz ostatni mecz w Suwałkach, ten wie jak rozegraliśmy początkowy kwadrans. Od gadania jednak jeszcze nikomu punktów nie przybyło, wszystkie plany i tak zweryfikuje boisko.
Podkreślasz, że najważniejszy jest najbliższy mecz. Ale na koniec chciałbym jeszcze zapytać o Lecha. Traktujecie Puchar Polski jako miły dodatek do ligowej rzeczywistości, czy po tym jak np. potrafiliście wygrać na Cracovii, pojedziecie do Poznania z myślą, że awans po dwumeczu jest całkiem realny?
A dlaczego mamy nie myśleć o finale? Jesteśmy drużyną o ogromnym potencjale. Mamy w składzie też doświadczonych zawodników, którzy wiedzą „z czym się je” takie mecze jak z Lechem. Będziemy mieli swój określony plan gry. Wiadomo, że to poznaniacy są faworytem do awansu, ale my nie stoimy na straconej pozycji. Pojedziemy tam spełniać swoje marzenia.
Kiedyś w meczu z Lechem na Bułgarskiej, gola dla Zagłębia strzelił Artur Derbin. Będzie waszą tajną bronią na spotkanie pucharowe?
Bardzo dużo nad sobą pracuje, jest w dobrej kondycji fizycznej. Mógłby zgłosić akces do gry, ale nie wiem czy wywalczyłby sobie miejsce w składzie… Konkurencja jest ogromna i chłopcy tak łatwo by na to nie pozwolili (śmiech). Ale faktycznie, Artur strzelił tam gola, wygraliśmy 2:1, więc dlaczego nie powtórzyć tego wyniku.
Rozmawiał Leszek Bartnicki