- Nie dopuszczałem myśli, że wiosną może nas zabraknąć w I lidze – przyznaje Emil Marecki. Postać, której kibicom w Olsztynie nie trzeba przedstawiać. Z redaktorem naczelnym strony stomil.olsztyn.pl rozmawialiśmy m.in.: o kolejnej trudnej zimie, walce o przetrwanie ukochanego klubu i inicjatywie „Socios Stomil”.
Już poprzednia zima była dla Stomilu i wszystkich z nim związanych bardzo trudna. Ale czy ta obecna nie była jeszcze trudniejsza?
Wydaje mi się, że w tym roku byliśmy już bardziej zahartowani… i chyba to wszystko przeszło nam płynniej. Znów były ogromne kłopoty, ale wygląda na to, że kolejny raz udało się uratować klub.
Masz takie poczucie, że gdyby nie zjednoczenie środowiska kibicowskiego, wasze dobre relacje z piłkarzami, to że większość zawodników pochodzi z Olsztyna, to nie udałoby się tej zimy „przeżyć”?
Tak naprawdę, gdyby nie to o czym wspomniałeś, nie udałoby się już „przeżyć” poprzedniej zimy. Nie udałoby się też zawiązać spółki akcyjnej. Ona powstała dzięki temu, że przed rokiem pokazaliśmy zaangażowanie kibiców i piłkarzy, którzy wybrali się nawet do ratusza. Teraz znów się zjednoczyliśmy i pokazaliśmy, że jest dla kogo ratować Stomil.

Wiele osób jeździ na urlop na Warmię i Mazury dla wspaniałego klimatu. Ale dlaczego w Olsztynie klimat dla piłki nożnej i ogólnie dla sportu jest tak niesprzyjający? Jakość obiektów – hali „Urania” i stadionu – pozostawia delikatnie mówiąc wiele do życzenia. Wiem, że nie jest to bardzo bogate miasto, nie ma wielkiego przemysłu, ale inne miasta, np. Lublin, robią bardzo wiele, by stworzyć przychylne środowisko dla sporu.
Często słyszę takie pytanie, ale ono nie powinno być kierowane do mnie. Trzeba się zapytać m.in. rządzących Olsztynem. Dlaczego nie ma klimatu? Pewnie dlatego, że nie ma odpowiednich obiektów, nie ma warunków, by zrobić coś na poziomie profesjonalnym. Nie ma chociażby warunków do stworzenia akademii piłkarskiej z prawdziwego zdarzenia, bo trenujemy cały czas na Orlikach. Mamy świeży przykład, mieszkańcy z budżetu obywatelskiego chcieli wybudowania pełnowymiarowego boiska trawiastego, ale okazało się, że podobno się nie zmieści i zaczęto budować kolejnego Orlika. W miniony piątek podpisano umowę z firmą, która zaprojektuje stadion. Ale pamiętajmy, że to jest dopiero projekt, co jeszcze nie oznacza, że on zostanie wybudowany. Ktoś mi niedawno zarzucił, że jestem tak blisko tego klubu, więc powinienem być optymistą. Ale ciężko być optymistą, skoro ja o jupiterach słyszałem jeszcze, gdy graliśmy w ekstraklasie… a powstały dopiero w ubiegłym roku. A o nowym stadionie słyszę już od 2005 roku.
Myślisz, że to wynika z walk politycznych we władzach miasta? Przecież w nieodległej Ostródzie udało się zbudować już dawno ładny i funkcjonalny stadion, tam miejscowe władze lokalne potrafiły wypracować konsensus.
W Olsztynie władze stawiają na coś innego, np. na rozwój komunikacji miejskiej. I żeby było jasne, ja też uważam, że to jest potrzebne. Powstają parki, odnowiono plażę i super. Ale nie powstają profesjonalne obiekty sportowe. Teraz słychać też o remoncie hali, ale to wszystko za późno. Zanim ruszy, to znowu nam wszyscy uciekną.
Dość głośno zrobiło się o Stomilu i Olsztynie w związku z paleniem zniczy pod stadionem. Czy to była spontaniczna akcja?
Tak, to było w pełni spontaniczne. Pamiętam, że w piątek prezydent Grzymowicz powiedział, że Olsztyna nie stać na profesjonalną piłkę. I dla wszystkich był to sygnał, że Stomil się rozpada, nie przystąpi do rundy wiosennej. Nagle się zaczęło, jeden, drugi telefon, zróbmy coś. Ktoś rzucił – zapalmy znicze pod stadionem, pokażmy, że się interesujemy. I pod stadionem pojawiło się około dwustu osób, zapadły tam decyzje, że znowu musimy pomóc Stomilowi. Później klub wyszedł z inicjatywą zbierania pieniędzy.
No właśnie głośna akcja „Milion dla Stomilu”…
Ona wyszła dokładnie od jednego z piłkarzy. Klub wziął to jednak na siebie, podał swoje konto. Zaangażowali się kibice i naprawdę fajnie wyszło, choć moim zdaniem można było zebrać jeszcze więcej pieniędzy. Ale ten zapał trochę opadł po informacji, że klub jest uratowany.
Ale moim zdaniem bardziej chodziło o sam rozgłos, o pokazanie że ludziom zależy, o zaangażowanie różnych środowisk, przekazywanie pamiątek. Przecież od początku było jasne, że miliona nie uda się zebrać. Trudno tez oczekiwać, że takie akcje będą sposobem na utrzymywanie pierwszoligowej drużyny.
Oczywiście do miliona daleko, ale sto tysięcy można było moim zdaniem uzbierać. Ale oczywiście najważniejsze było pokazanie ewentualnemu sponsorowi, jaki jest potencjał w tym środowisku kibicowskim. Środowisku, które nigdy nie było tak solidarne z klubem jak teraz, nawet w czasach ekstraklasy. A ten potencjał jest ogromny, tylko przez lata nie wykorzystywał go nikt, ani klub, ani sponsorzy.

A czy to nie jest zarzut wobec tych, którzy przez lata w tym klubie pracowali? Dlaczego to piłkarze czy kibice mają chodzić po firmach, czy nie powinno to być w gestii ludzi, którzy na przestrzeni lat pracowali w Stomilu?
Moim zdaniem klub przespał moment, gdy sponsorem była „Galeria Warmińska”. Nic wtedy nie zrobiono, wpływały dwa miliony złotych rocznie i nie podejmowano żadnych innych działań. Nie zajęto się boiskiem treningowym, nie zrobiono sklepu z pamiątkami. Poza zorganizowaniem jednej czy dwóch prezentacji, nie uczyniono nic, by budować na potencjale kibicowskim. Nie inwestowano w młodzież, nie powstała do tej pory żadna akademia. A wtedy była na to szansa. Teraz gdy rozmawiam z prezesem (Mariuszem Borkowskim – przyp. red.), słyszę, że nie ma za co inwestować. Obecnie ciężko to wszystko odbudować, bo musiałby się pojawić nowy duży sponsor.
Kolejnym ważnym akcentem waszej walki o klub było zorganizowanie marszu. Jak już post factum oceniasz frekwencję, efekty, ale też walkę z trudnościami administracyjnymi, które napotykaliście przy jego organizacji?
Uważam, że marsz okazał się sukcesem kibiców. Ze strony urzędników padały hasła, że idziemy zniszczyć linię tramwajową. Nasz kolega, który wziął to na siebie, musiał się dzień wcześniej tłumaczyć z tych absurdalnych doniesień, jakoby planujemy zniszczenie przebiegającej po drodze trakcji. Według naszych szacunków w marszu wzięło udział około tysiąca ludzi. Ale godzina była taka, że wiele osób w tym czasie pracowało, z tym że chodziło nam o zrobienie marszu właśnie wtedy, kiedy wszyscy urzędnicy będą w pracy, aby zobaczyli ilu osobom na tym zależy. Z ich strony padały przecież ciągle zarzuty, że Stomil to tylko garstka piłkarzy i pracowników klubu.

Wracając jeszcze do akcji „Milion dla Stomilu”, co zamierzacie zrobić z zebranymi pieniędzmi?
Tak naprawdę tymi pieniędzmi dysponuje oficjalnie klub. Kibice je zbierali, ale spływały na konto klubowe. Z moich informacji wynika, że klub chce je zainwestować w boczne boisko przy stadionie. W ubiegłym roku podpisano dzierżawę na ten teren i z tego co słyszałem, ma tam zostać zrobione boisko treningowe i uważam, że to bardzo dobry pomysł.
Kolejny przejaw aktywności kibicowskiej, to akcja „Socios Stomil”. To chyba drugi taki przypadek w Polsce po Górniku Zabrze. Jak zrodził się pomysł i jak przebiega jego realizacja?
Sygnały o zorganizowaniu socios spływały od kibiców już rok temu. Te pomysły nie zostały jednak zrealizowane, po części dlatego, że brakowało ludzi. Od października, gdy piłkarze zwołali konferencję, na której poinformowali o trudnej sytuacji w klubie, idea odżyła. Udało się zebrać dziesięciu kibiców, którzy chcą aktywnie uczestniczyć w tym projekcie. Jesteśmy w trakcie finalizacji spraw urzędniczych („Socios Stomil” ma działać jako stowarzyszenie – przyp. red.), bo bez sformalizowania nie możemy podejmować działań. Jesteśmy już jednak na etapie finalizacji i wierzę, że przed pierwszym meczem z Olimpią Grudziądz będziemy się mogli oficjalnie zaprezentować.
Odpowiedz szczerze, czy był podczas tej zimy chociaż jeden dzień, gdy dopuszczałeś do siebie myśl, że Stomilu zabraknie wiosną w I lidze, że klub przeżyje drugi upadek w swojej najnowszej historii?
Osobiście nie dopuszczałem takiej możliwości. Wierzyłem, że kibice znowu uratują klub. Cały czas uważam, że Stomil jest spółką miejską i nie da się od tak jej zamknąć, nikt sobie na to nie pozwoli. Pytanie czy drużyna będzie grała w I czy w III lidze, ale spółka będzie istniała dalej. Aczkolwiek hasło, że klub nie wystartuje, wywołało obawy, ale też doprowadziło do mobilizacji.

Na koniec, zostawiając już sprawy organizacyjne, na co liczysz sportowo wiosną? Patrząc na punkty i miejsce w tabeli, ktoś może powiedzieć, że powinniście się włączyć do walki o awans. Wiem, że nawet z wewnątrz drużyny dochodzą takie głosy, że może ekstraklasa to jedyna szansa, by zapanowała w klubie normalność. Ale patrząc realnie na warunki przygotowań, brak zgrupowania z prawdziwego zdarzenia, mało sparingów, słabe wyniki sparingów, odejście Arkadiusza Czarneckiego i Dawida Szymowicza, na co stać Stomil?
To, że zespół nie pojechał na obóz, to już poprzednia wiosna pokazała, iż nie musi mieć wielkiego znaczenia. Martwi mnie jednak, że jesteśmy osłabieni kadrowo. Gdybyśmy utrzymali czołówkę tabeli, byłoby to naprawdę sukcesem tej drużyny i trenera Mirosława Jabłońskiego, bez którego nie byłoby tego wysokiego miejsca. Nie martwię się o spadek, bo tymi piłkarzami spokojnie się utrzymamy. Awans? (śmiech) To byłaby super sprawa, ale ja staram się nie żyć takimi marzeniami. Będzie o niego bardzo ciężko, chociaż kto wie… piłkarze są ogromnie zmotywowani. Ja chciałbym przede wszystkim, żeby sprawy w klubie zostały uporządkowane. Aby powstał przychylny klimat wokół Stomilu, aby pojawili się sponsorzy, choćby ci mali. By można było od podstaw budować ten klub. Właściwie żeby normalnie funkcjonować, to najlepiej byłoby wszystko zaorać i zacząć od podstaw. Ale nie możemy sobie na to pozwolić będąc czołową drużyną I ligi, nie możemy tego zmarnować. Musimy więc znaleźć półśrodki, aby jednocześnie grać na tym poziomie i budować podwaliny pod normalne funkcjonowanie, począwszy chociażby od akademii działającej w formie fundacji.
Rozmawiał Leszek Bartnicki