Jak wspomina swój pobyt w Hiszpanii? Czym różni się system szkolenia młodzieży w kraju z Półwyspu Iberyjskiego od tego w Polsce? Jak ocenia obecną sytuację w Górniku? Na 1liganews porozmawialiśmy z Szymonem Matuszkiem.
W wieku 16 lat trafiłeś do UD Hordada. Jak to się stało, że wylądowałeś w Hiszpanii?
Trenowałem w prywatnej szkółce w Wodzisławiu Śląskim, a jej właściciel miał interesy i kontakty w Hiszpanii w Hordadzie. Do tego miasta wyjechał m.in. syn właściciela i zaczął zdobywać tam bramki. Hiszpanie zainteresowali się więc stałą współpracą. Następnie do Polski przyjechali prezesi wspomnianego zespołu i wybrali kilku zawodników, którzy spodobali się im najbardziej. Ja, razem z Kamilem Glikiem oraz Krzysztofem Gutem, znalazłem się w tej grupie i w ten sposób wyjechałem do Hiszpanii.
Po roku w Hordadzie przeniosłeś się do Realu. Jak do tego doszło?
Skaut Realu – starszy człowiek, który chwalił się, że znalazł Realowi Fernando Morientesa, mieszkał w pobliżu i bardzo często przyjeżdżał na nasze mecze. Do przenosin do Realu doszło dzięki niemu. Szepnął on dobre słówko do ludzi odpowiedzialnych za ściąganie młodzieży i w taki sposób znalazłem się w Madrycie.
Po 1,5 roku w Madrycie wróciłeś do Polski. Nie było szansy, żeby zostać w Realu?
Poziom grup młodzieżowych był niezwykle wysoki. Miałem też trochę dziwnie skonstruowany kontrakt – Real musiał co jakiś czas płacić szkółce w Wodzisławiu. Doznałem też złamania szczęki i opuściłem kilka spotkań. Ludzie z klubu uznali, że nie zapłacą za mnie wymaganej kwoty, stąd przeniosłem się do Polski. Poszło więc o pieniądze, jednak o aspekt sportowy także – gdybym spełniał wszystkie wymagania i był wyjątkowo dobry, pewnie bym został.
Z jakimi zawodnikami miałeś przyjemność grać w Realu, którzy są znani teraz szerszej publiczności?
Dani Parejo z Valencii, Nacho z Realu, José Callejón z Napoli i także jednym z tych zawodników, którzy poszli dalej jest Kamil Glik. Widzę też, że do Polski przyjechał teraz Javier Hernández – grałem z nim w Realu. Muszę się do niego odezwać i zapytać jak mu się podoba w Polsce.
Będąc w Realu dostałeś powołanie do młodzieżowej reprezentacji Polski. Mógłbyś coś więcej o tym opowiedzieć?
Jedno powołanie dostałem od trenera Dziubińskiego, gdy grałem jeszcze w UD Hordada. Później już regularnie jeździłem na kadrę. Do Hiszpanii przyjeżdżali z Polski wysłannicy, którzy obserwowali naszą grę w Realu. Gdybym grał słabo, to mimo klubu w jakim byłem, nie dostawałbym powołań.
Czym Polska różni się od Hiszpanii w kwestii futbolu młodzieżowego?
W Hiszpanii nie było tak dużego parcia na wynik. Skupialiśmy się w tygodniu na treningach, a mecz pozostawał kwestią drugoplanową. Intensywnie pracowaliśmy w tygodniu, aby owoce tego zebrać za kilka lat. Nie oszczędzaliśmy się, aby wygrać mecz w weekend. Po drugie w Hiszpanii było dużo gier na utrzymanie, mnóstwo ćwiczeń z piłką – nie mieliśmy samego biegania „na sucho”. Co więcej, pogoda pozwalała grać przez cały rok na dworze. Nie było żadnej dłuższej przerwy – kilka dni na święta, dwa dni na sylwestra i to wszystko. W I lidze mamy przecież zimą miesiąc wolnego od treningów, w ekstraklasie trochę mniej, ale i tak ta przerwa trwa dłużej niż w Hiszpanii.
W Polsce też pozwiedzałeś trochę klubów – Jagiellonia Białystok, Piast Gliwice, Chojniczanka Chojnice, Wisła Płock, potem Dolcan, gdzie pograłeś trochę dłużej i teraz Górnik Zabrze.
Faktycznie trochę się tego nazbierało. Było to spowodowane głównie przez to, że w Piaście wszystko źle się ułożyło i nie przebiłem się do składu. Przez 2 lata zaliczyłem 4 kluby, gdyż ciągle mnie wypożyczano. Trenerzy mieli inne wizje i nie widzieli mnie w wyjściowym składzie. Ja należę do ambitnych zawodników i zawsze chcę grać. Nie chciałem przesiedzieć na ławce nawet pół roku. Wiadomo, że te częste przeprowadzki to nic przyjemnego. Cieszyłem się z pobytu w Dolcanie, gdzie pograłem nieco dłużej. W Ząbkach trafiłem na fajną, zgraną grupę ludzi, na bardzo dobrych trenerów i świetnie wspominam okres gry w zespole z Mazowsza. W końcu mogłem skupić się tylko na piłce. Nie musiałem martwić się, czy za pół roku znów się gdzieś nie przeniosę.

Poprzedni sezon nie należał chyba do najbardziej udanych – najpierw rozpadł się Dolcan, czyli klub w którym grałeś przez 3,5 roku, a potem przenosiny do Zabrza i spadek z ekstraklasy.
Dla Dolcanu chciałem jak najlepiej. Ze wszystkimi byłem mocno zżyty, poczynając od prezesa i bardzo przeżyłem tę sytuację. Ja odszedłem z klubu jeszcze w grudniu, kiedy z Górnika zadzwonił do mnie trener Leszek Ojrzyński. Niektórzy byli w Dolcanie nawet do marca. W Zabrzu niestety nie udało się wywalczyć utrzymania. Gdy przychodziłem do zespołu zajmowaliśmy 15. miejsce w lidze i tam też sezon skończyliśmy, więc nie zdołałem pomóc w osiągnięciu celu. Każdy poniekąd przyczynił się do spadku. Można teraz już tylko gdybać, co poszło nie tak. Do ostatniej kolejki mogliśmy walczyć o utrzymanie, a mieliśmy tylko sześć wygranych meczów. Świadczy to o tym, że formuła ESA37 nie jest zbyt sprawiedliwa, chociaż nam w zeszłym roku mogła akurat dać życie. Bez podziału punktów mielibyśmy pewny spadek, a tak walczyliśmy do samego końca.
W tym sezonie jak na razie 10 meczów, 12 punktów i 12 miejsce w tabeli. Na razie nie układa się to po waszej myśli – miał być przecież błyskawiczny powrót do najwyższej klasy rozgrywkowej.
Wydaje się, że wszystko w klubie jest przemyślane i poukładane. Zatrudniono trenera, który potrafi awansować – gra o ten cel nie stanowi dla niego nowości. W okresie przygotowawczym nie przegraliśmy meczu, wszystko szło po naszej myśli. Tymczasem przyszła liga i zweryfikowała nasze mankamenty. Nie ma też tragedii, bo tracimy 7 punktów do 2. miejsca. Musimy jednak złapać serię zwycięstw i piąć się w górę tabeli. Myślę, że zarówno cała drużyna, jak i ja indywidualnie chcemy odkupić swoje winy z zeszłego sezonu i naszym celem jest zwrócenie ekstraklasy dla Zabrza.
W czterech z dziesięciu meczów nie zdobyliście bramki. Skuteczność to wasz największy problem?
Aby ta skuteczność była na dobrym poziomie trener ściągnął dwóch napastników – Igora Angulo oraz Davida Ledecky’ego i w tych pierwszych meczach po przyjściu spisywali się oni bardzo dobrze - obaj zdobyli bramki. Myślę, że w ostatnich dwóch meczach byli zmęczeni. Trener też ich zmieniał. Igor ostatnie dwa i pół miesiąca nie grał i nie trenował regularnie. Dopiero teraz odbudowuje on swoją formę fizyczną. Według mnie wszystko niebawem powinno wrócić na właściwe tory. Nasza gra w dużej mierze jest uzależniona od tych dwóch napastników i jeszcze może od Dawida Plizgi.
Jeśli chodzi o grę defensywną to sporo goli straciliście po stałych fragmentach gry. Z czego to wynika?
Większość bramek tracimy w taki sposób… Popełniamy błędy indywidualnie i kosztują nas one utratę bramek. Na pewno to nie pech, bo za dużo goli padło już w taki sam sposób. To jest nasza słabość, ale dużo nad tym pracujemy. Niestety jak się gra co trzy dni, to nie ma czasu dopracować wszystkich detali. Jednak ostatnio jest trochę lepiej, bo w trzech meczach pod rząd nie straciliśmy bramki po stałym fragmencie. Nie mamy też zbyt wysokiego zespołu, więc przy wrzutkach musimy być szczególnie skoncentrowani.
Wydawało się, że w Pucharze Polski będzie lepiej – szczególnie, trzymając się hiszpańskiej terminologii, po spektakularnej remontadzie z Legią. Tymczasem przyszedł mecz z Wigrami w 1/8 finału i skończyła się ta przygoda.
Na to odpadnięcie złożyło się kilka aspektów. W tym okresie mieliśmy duże natężenie meczów i trener musiał dać odpocząć Ledecky’emu i Angulo. Ponadto Plizga doznał kontuzji w trakcie spotkania i straciliśmy nasze atuty w ofensywie. Było to widać. Zresztą oni dawali nam jakość i bramki w wygranych spotkaniach z Olimpią Grudziądz i z MKS-em Kluczbork, a bez nich straciliśmy potencjał w ataku. Po drugie, mecz ułożył się po myśli Wigier. Szybko zdobyty gol po rzucie wolnym i dobitce – taka bramka nie miała prawa paść i później goście skupili się na defensywie. Nam brakowało ostatniego podania, a na dośrodkowania z bocznych sektorów Wigry były dobrze przygotowane. Później jeszcze dobili nas z kontry i było po meczu. Myślę, że każdy w tym spotkaniu zagrał poniżej oczekiwań i bardzo żałujemy, gdyż w Pucharze Polski po wyeliminowaniu Legii, mogliśmy osiągnąć więcej. Teraz Wigry stoją przed wielką szansą, bo zagrają z GKS-em Jastrzębie. Szkoda, bo Jastrzębie to moje miasto z dzieciństwa i zagrałbym tam z sentymentem. Jednak nie ma co nad tym rozmyślać, trzeba skupić się na lidze.
Rozmawiał Bartosz Cabaj