Specjalista od awansów, który w drodze po kolejny będzie musiał pokonać dwóch synów. Klub, który teraz prowadzi objął kilkanaście dni temu w zupełnie nowej dla siebie sytuacji. Zapraszamy na wywiad z trenerem lidera 1. ligi - Piotrem Mandryszem.
W debiucie remis 3:3 z Drutex-Bytovią przed własną publicznością. Jak pan oceni ten występ?
Ten remis był sprawiedliwy i nie krzywdził żadnej ze stron. Oczywiście pozostaje pewien niedosyt, gdyż na przerwę schodziliśmy prowadząc 3:2. Niestety nie udało się nam dowieźć prowadzenia do końca. Było to spowodowane tym, że zespół z Bytowa zagrał naprawdę bardzo dobre spotkanie. Patrząc jednak na przebieg meczu, trzeba się cieszyć. Po pół godzinie przegrywaliśmy przecież 0:2 i zanosiło się na podobną porażkę, co w starciu z Olimpią Grudziądz. Nie rozpaczamy nad tym, że był tylko remis.
Z Bytovią znów 3 stracone gole i w efekcie w 4 ostatnich meczach Jakub Szumski musiał 13 razy wyciągać piłkę z siatki. Defensywa ostatnio wyraźnie zawodzi.
Problem leży przede wszystkim w głowach zawodników. Chłopcy za bardzo chcą pokazać swoje walory ofensywne. W meczach z Podbeskidziem, Olimpią czy teraz z Bytovią zespół stracił gola jak pierwszy, w dodatku za każdym razem po indywidualnym błędzie. Stawiało to w uprzywilejowanej sytuacji przeciwną drużynę. Musimy sobie z tym poradzić, gdyż za dużo było ostatnio straconych bramek.
Znacznie lepiej wygląda bilans ofensywny – 27 trafień w tym sezonie. Można powiedzieć, że z przodu ma pan kłopot bogactwa, co nieczęsto zdarza się w 1. lidze.
To pokazuje, że w meczach z udziałem Zagłębia zawsze padają gole i nie miałbym nic przeciwko temu, żeby tak wysoka skuteczność utrzymała się w najbliższych tygodniach i miesiącach. Kibice na stadion przychodzą dla rozrywki i chcą oglądać gole. Jeżeli w każdym meczu zdobędziemy więcej bramek niż przeciwnik, to jestem w stanie się z tym pogodzić, mimo dużej liczby traconych goli. Oczywiście każdy trener woli, aby drużyna zagrała na zero z tyłu, ale taki jest futbol.
W ostatnich tygodniach mnóstwo pozytywnych opinii zbiera Vamara Sanogo. Faktycznie jest to piłkarz wyrastający ponad poziom ligi czy przesadzone są te twierdzenia?
Myślę, że są to przedwczesne opinie na temat Vamary. Ja obserwuje jego grę od tygodnia i pod moją batutą rozegrał dopiero jedno spotkanie, w którym pokazał się z dobrej strony. Jednak na podstawie tego trudno określić mi jego potencjał. Jest to na pewno młody piłkarz, który potrafi odnaleźć się w sytuacjach podbramkowych. Mam nadzieję, że w kolejnych meczach pokaże się z jeszcze lepszej strony i przysporzy nam mnóstwo radości. Natomiast czy wyrasta on ponad poziom ligi? Na razie wstrzymałbym się z oceną. Najpierw niech pogra tutaj całą rundę, a najlepiej cały rok i wtedy będziemy mogli miarodajnie go ocenić.
W jakich nastrojach zastał pan drużynę? Nie była ona nieco rozbita – najpierw odejście Jacka Magiery, a potem dwumeczowy epizod w roli trenera Jarosława Araszkiewicza?
Nie odniosłem takiego wrażenia. Jednak zawsze gdy są zawirowania na stołku trenerskim, przekładają się one na zespół. Trudno, aby drużyna o tym nie myślała. Odszedł trener i nie było możliwe, żeby piłkarze nie mieli z tyłu głowy tego, kto przyjdzie na jego miejsce.
Mówiąc pół żartem, pół serio ma się pan kogo obawiać, gdyż w 1. lidze gra dwóch pana synów – w GieKSie Paweł, a w Drutex-Bytovii Robert. Z zespołem z Pomorza w minionej kolejce straciliście punkty.
Tak – pierwszy raz Robertowi udało się odebrać punkty ojcu. Udało się to dzięki bardzo dobrej grze. Uważam, że pokazał się on z dobrej strony. Spotkania z Pawłem w tym roku już nie będzie, bo z GieKSą zagramy dopiero w następnej rundzie, więc mam dużo czasu, żeby do pojedynku z młodszym synem się przygotować.
Ostatnio był pan chyba na meczu w Katowicach?
Byłem na meczu, ponieważ w każdej wolnej chwili oglądam spotkania 1. ligi. Do Katowic wybrałem się, żeby obejrzeć na żywo zespół Pogoni Siedlce, z którym zagramy jeszcze jesienią.
Ocena Pogoni była miarodajna? Siedlczanie grali przecież bez kilku kluczowych zawodników.
Zgadza się, że nie była to do końca miarodajna. Mogłem jednak wyrobić sobie zdanie na temat piłkarzy z podstawowego składu, którzy w Katowicach zagrali. Z każdego meczu można wyciągnąć wartościowe wnioski, ale zawsze zachowuje je dla siebie.
W pana trenerskiej karierze było już kilka awansów, czy to z 2. do 1. ligi, czy też z zaplecza ekstraklasy do elity. Jest jakiś, który wspomina pan najlepiej?
Każdy wspominam bardzo miło, ale najlepiej ten pierwszy z Radomskiem. Byłem wówczas młodym, niedoświadczonym trenerem i tamten awans utkwił mi najbardziej w pamięci. Oczywiście każdy sukces wpisuje się w pamięci trenera. Warto dodać, że niekoniecznie musi być to awans, gdyż zespoły grają przecież o bardzo różne cele.
Z Piastem awansował pan do ekstraklasy, jednak nie poprowadził go w najwyższej klasie rozgrywkowej. Trudno było się z tym pogodzić?
Na początku zawsze jest żal, jednak takie decyzje zapadły w klubie. Ja byłem tam tylko trenerem i nie miałem głosu w sprawach personalnych. Byliśmy już po słowie, ale nastąpił nieoczekiwany zwrot sytuacji i zostałem na lodzie. Jednak to już odległa przeszłość i nie ma sensu o tym opowiadać.
Z kolei z Termaliką pożegnał się pan w nie najlepszej atmosferze. Miał pan konflikt z Marcinem Baszczyńskim.
Z Marcinem nie nadawaliśmy na tych samych falach. W wielu sprawach przekraczał on zakres swoich kompetencji. Wybrałem więc mniejsze zło i odszedłem z klubu. Nie ukrywam, że zmiana otoczenia dobrze mi zrobiła. Chciałem też podkreślić, że odszedłem w dobrych relacjach z kierownictwem klubu, czyli z panią Danutą i panem Krzysztofem Witkowskimi.
Teraz w Zagłębiu Sosnowiec celem jest kolejny awans?
Wraz z kierownictwem klubu celu na sezon nie ustalaliśmy, ale wizja przedstawiona na naszych spotkaniach przekonała mnie do objęcia zespołu. W związku z tym jestem teraz trenerem Zagłębia i przede mną kolejne wyzwanie w mojej karierze.
Przejął pan zespół, który jest liderem w lidze. Nowa sytuacja? Z reguły, jeśli zmieniają się trenerzy w trakcie sezonu, spowodowane jest to słabymi wynikami.
Rzeczywiście jest to nowa sytuacja. Wiąże się ona z tym, że Jacek Magiera dostał propozycję od najbogatszego klubu w Polsce. Nie należy się dziwić, że z tej propozycji skorzystał. Była to nowa sytuacja i dla trenera przejmującego drużynę i dla kierownictwa klubu. Zmian dokonuje się jak zespołowi nie idzie, a nie gdy znajduje się on na szczycie tabeli.
Przed wami teraz starcie z Miedzią Legnica, która w minionej kolejce wygrała aż 5:1. Tydzień wystarczy, żeby ułożyć zespół według swojej wizji?
Tydzień czy dwa to jest za mało, żeby dokładnie poznać drużynę. Na pewno powoli poznajemy się i analizujemy grę najbliższego rywala. To, że Miedź wygrała teraz 5:1, nie znaczy, że powtórzy to w meczu z Zagłębiem Sosnowiec. Każde mecz jest inny i jesteśmy dobrej myśli.
Z pewnością będziecie musieli znaleźć antidotum na Petteriego Forsella, który znajduje się w doskonałej dyspozycji.
Na pewno. Ilość zdobytych przez niego bramek oraz liczba asyst powoduje, że jest to najgroźniejszy zawodnik Miedzi. Jednak są też inni bardzo dobrzy piłkarze, o których nie wolno zapominać np. o wracającym ostatnio do pełni zdrowia Wojciechu Łobodzińskim.
Rozmawiał Bartosz Cabaj