Po powrocie do kraju udzielił już tylu wywiadów, że śmiało mógłby nimi obdzielić cały okres, który spędził w Stanach Zjednoczonych. Nic w tym dziwnego, bo za oceanem robił furorę na zapleczu MLS, a teraz postara się przypomnieć kibicom biegając po polskich boiskach. Tomasz Zahorski - bo o nim mowa - podpisał niedawno kontrakt z I-ligową GieKSą. Związanie się doświadczonego napastnika z klubem z Bukowej to jeden z najciekawszych transferów tej zimy na zapleczu Ekstraklasy.
Z Polski wyjeżdżał z przypiętą łatką pod tytułem “International Level”. To hasło, którym pochodzącego z Barczewa na Warmii i Mazurach Zahorskiego definiował były trener Reprezentacji Polski Leo Beenhakker. I choć grą przed EURO2008, na które powołanie dostał trochę niespodziewanie, mógł tę tezę w jakimś stopniu obronić, to później niestety forma stopniowo spadała. Kibice nie byli łaskawi i wykorzystywali niefortunne sformułowanie Holendra często kpiąc z piłkarza, którego ze słowami selekcjonera łączyła jedynie dodatkowa presja. Sam zainteresowany potwierdza, że po prostu nie miał takiego potencjału, o jakim ktoś mógłby pomyśleć widząc przy jego nazwisku dopisek: poziom międzynarodowy.
Nie oznaczało to jednak, że Zahor był zupełnie przypadkowym piłkarzem, któremu problem sprawiało kopnięcie piłki po linii prostej. Co to, to nie. W debiutanckim występie na boiskach Ekstraklasy, wtedy w barwach Groclinu, strzelił bramkę na wagę remisu z Wisłą Kraków. Potem dołożył kolejne 24 gole. Do siatki rywali trafił też jeden raz w koszulce z orłem na piersi. Ponadto, niedługo po mistrzostwach Europy w Austrii i Szwajcarii na biurkach włodarzy Górnika Zabrze leżały oferty z Anderlechtu i Torino opiewające na milion euro. Niby niewielka suma, choć od tamtego czasu proporcje się zmieniły, Nazwy klubów jeśli nawet nie powalają na kolana, to mimo wszystko są to marki lepszego sortu. Z transferów nic nie wyszło, a niedługo potem przyplątała się kontuzja więzadeł krzyżowych w kolanie i spadek zabrzan do I ligi. Co prawda, Górnik po roku znów znalazł się w elicie, a ulubieniec Beenhakkera walnie się do tego przyczynił w rundzie wiosennej, ale już kolejne sezony nie były tak owocne.
Wychowanek Pisy Barczewo po ponad 4 latach spędzonych przy Roosevelta zdecydował się na pierwszy zagraniczny wyjazd. W ostatnim dniu stycznia 2012 roku związał się na pół roku z niemieckim MSV Duisburg. W tym czasie wystąpił w zaledwie 4 meczach 2. Bundesligi i wrócił do Polski. Dokładniej do Białegostoku, gdzie trenerem był dobry znajomy - Tomasz Hajto. Niestety, tam Zahorski także nie zdołał wrócić do dyspozycji z jakiej znany był choćby przed Euro w 2008 roku. Wtedy rękę wyciągnął do niego szkoleniowiec, u którego przeżywał swój najlepszy okres, obecny selekcjoner - Adam Nawałka. I on nie korzystał zbyt często z usług piłkarza. Dodatkowo nieprzyjemny klimat wokół byłego reprezentanta Polski tworzyli śląscy fajni, którzy na wiele sposobów wyrażali swój sprzeciw wobec powrotu byłego zawodnika do klubu. Z pewnością nie był to czynnik pomagający w rozwinięciu piłkarskich skrzydeł.
Wtedy nastąpił swego rodzaju zwrot w karierze barczewianina. Po latach spędzonych w ojczyźnie, z półrocznym epizodem w Niemczech, Zahorski zdecydował się nie tylko ponownie opuścić kraj, ale w ogóle kontynent. Europę zamienił na Amerykę Północną. Wylądował w Stanach Zjednoczonych w klubie San Antonio Scorpions w Teksasie. W zespole z The North American Soccer League, będącą tamtejszą drugą ligą, zaczął spełniać mityczny „american dream”. I to nie tylko w kwestii życia, które bardzo sobie chwalił. Doceniał przede wszystkim tamtejszą mentalność, czyli codzienny luz, brak pośpiechu, popularny „smile”. Zdecydowanie ważniejszą dla niego kwestią była ta sportowa, która wreszcie przebiegała tak, jak sobie zakładał. Regularne występy, bramki, sympatia fanów. Oprócz tego Tomasz Zahorski sięgnął ze swoimi kolegami po mistrzostwo rozgrywek, choć awansu nie zaznał, bo tamtejszy system rozgrywek tego nie przewiduje. Pojawiły się za to ciekawe oferty z topu, czyli MLS. Mówiło się o New York Cosmos, a do wstępnych rozmów doszło z przedstawicielami Philadelphia Union. W pierwszym przypadku na przeszkodzie stanęły formalności związane z wizą, w drugim o finanse. Mimo fiaska, był to sygnał, że klimat za oceanem służy zawodnikowi, a ten odbudowuje się tak mentalnie jak i piłkarsko.
Zmiana trenera i koncepcji budowania zespołu z Teksasu zmusiła Zahorskiego do poszukiwania nowego pracodawcy. Napastnik znalazł zatrudnienie w lidze USL Pro, w Charlotte Independence. W Karolinie Północnej spędził ostatni rok i na tym postanowił zakończyć dwuipółletni amerykański sen. Wraz z rodziną wrócił do Polski i zaczął rozglądać się za klubem. Do akcji jego zwerbowania na początku włączył się Stomil Olsztyn, jednak niejasna sytuacja organizacyjno-finansowa Dumy Warmii mocno ograniczyła jej szanse na pozyskanie swojego było zawodnika. Potem nieoficjalnie mówiło się o zainteresowaniu Korony Kielce i beniaminka z Niecieczy, ale ostatecznie wybór padł na katowicką GieKSę.
Przed startem rudny wiosennej na pierwszoligowych boiskach spodziewam się wielu pozytywów związanych z tym transferem. Zarówno jeśli chodzi rozgrywki, o drużynę z Bukowej, jak i samego Zahora. Po pierwsze, coraz więcej ciekawych nazwisk pojawia się na zapleczu Ekstraklasy. To w dużym stopniu zwiększa atrakcyjność tej ligi. Z pewnością nowy nabytek katowickiego zespołu wzbudzi ciekawość nie tylko ze względu na bogate CV, ale także na ostatni dobry piłkarsko czas w USA. Po drugie, GieKSa pozyskała napastnika o nieco innej specyfice niż Goncerz. O ile Gonzo to typ egzekutora, to jego, przynajmniej na ten moment, rywal świetnie czuje się w grze w kontakcie, tyłem do bramki. A to świetne uzupełnienie. I choć na jesień trenerzy Piekarczyk i Brzęczek decydowali się tylko na jednego zawodnika najbliżej bramki rywali, niewykluczone, że wiosną GKS Katowice będzie straszył bramkarzy swoich przeciwników duetem. Możliwe, że najlepszym w I lidze. I po trzecie, co tyczy się samego Zahorskiego, do Polski wrócił jako inny człowiek, co sam wspominał w wielu wywiadach. Jest spokojniejszy, napakowany optymizmem, żartem mówiąc: amerykański. I dobrze, bo za oceanem takie podejście mu służyło. Istnieje zatem prawdopodobieństwo, że formę z ostatnich dwóch lat i bagaż doświadczeń całej kariery zabrał ze sobą na Śląsk i pomoże w zrealizowaniu celu, jakim bez wątpienia jest awans żółto-zielono-czarnych do piłkarskiej elity.
– – –
Tekst Dawid Mieczkowski
* autor jest byłym bramkarzem Okocimskiego Brzesko i Stomilu Olsztyn, a obecnie Nadwiślana Góra