Do Gdyni trafił w 2004 i z trzyletnią przerwa występuje w niej do dziś. Przeżył wzloty i upadki, ale nigdy nie żałował decyzji o przenosinach nad Bałtyk. Z kapitanem Arki rozmawialiśmy - nie unikając trudnych tematów - o przeszłości, teraźniejszości i planach na przyszłość.
Jeśli chodzi o awanse z Arką do ekstraklasy to jesteś już prawdziwym rutyniarzem. Czy walka o trzeci awans z gdynianami wywołuje jeszcze w tobie wielkie emocje?
Oczywiście budzi dreszczyk, ale jest on spowodowany pozytywnymi emocjami. Ale są to przede wszystkim emocje związane z oczekiwaniem na mecz. Już po wyjściu na boisko to spływa z człowieka. Choć skłamałbym, mówiąc, że tych emocji nie odczuwam.
Ale czy odczuwasz to inaczej dziś jako 34-latek, a inaczej odczuwałeś 11 lat temu, gdy walczyłeś o swój pierwszy awans?
Na pewno teraz chłodniej do tego podchodzę, bardziej na spokoju. Wtedy miałem gorącą głowę, emocje we mnie buzowały.
W 2004 roku po raz pierwszy trafiłeś do Arki. Wiesław Kędzia wypatrzył cię w II-ligowych wówczas (wg obecnej nomenklatury byłaby to I liga – przyp red.) Tłokach Gorzyce. Jak wspominasz to wydarzenie z perspektywy kilkunastu lat?
Faktycznie wypatrzył mnie kierownik, świętej pamięci Wiesław Kędzia. Graliśmy mecz z Arką i jeden zawodnik od nas (Dariusz Solnica – przyp. LB) dostał szybko czerwoną kartkę. Graliśmy w osłabieniu, a i tak zremisowaliśmy. To wtedy wpadłem w oko kierownikowi. Po zakończeniu sezonu dostałem telefon z propozycją i długo się nie zastanawiałem.
Byłem kiedyś na meczu w Gorzycach, wiem jak wyglądał tamtejszy stadion i jego otoczenie. Czy przenosiny do Arki były dla ciebie dużym przeżyciem?
No na pewno, nie ukrywam, że potraktowałem to jako szansę na wybicie się w piłce. Wiadomo, że Gorzyce to mała miejscowość, tam mi dano szansę, którą chyba w jakimś stopniu wykorzystałem skoro zechciała mnie taka marka jak Arka. Właściwie już po pierwszym telefonie byłem zdecydowany by grać dla gdynian.
Zastanawiałeś się kiedyś jak to się stało, że ty chłopak z Kielc nigdy nie zaistniałeś w poważnym klubie z tamtej części Polski, tylko zakotwiczyłeś w odległej Gdyni?
Tak myślałem o tym. Ale tak to już jest, że wychowanek ma zazwyczaj pod górkę. Zdecydowałem się pójść pod prąd. Twardo stąpałem po ziemi, nie pukałem od razu do klubów z ekstraklasy. Pomógł mi kolega z Kielc – Dariusz Kozubek – do niego zwróciłem się o pomoc. Wiedziałem, że Marek Motyka prowadził go w Szczakowiance Jaworzno. Zapytałem przez Darka, czy trener Motyka nie sprawdziłby mnie w Tłokach. Pojechałem pod koniec 2003 roku jako zawodnik AKS Busko Zdrój na sparing i po nim zaproponowano mi kontrakt w Gorzycach. W tamtym czasie nie dostałem szansy w Kielcach. Te propozycje pojawiły się później, gdy już byłem w Arce, Korona oferowała za mnie pół miliona złotych. Kontrakt leżał już na stole przedłożony przez dyrektora Piotra Burlikowskiego i brakowało tylko mojego podpisu. To było tuż po pierwszym moim awansie z Arką do ekstraklasy. Ale powiedziałem, że zostaję w Gdyni, bo tam dano mi szansę, czułem się jakoś zobowiązany w stosunku do tego klubu. I do dziś nie żałuję tamtej decyzji.
Przeżyłeś w Arce bardzo dużo, były awanse, debiut w ekstraklasie, spadki, ale też udział w aferze korupcyjnej. A jakie wydarzenie związane z twoim pobytem w tym klubie najmilej wspominasz, najlepiej zapamiętałeś?
Na pewno w pamięci utkwił mi ten pierwszy awans. Bez względu na to, co dziś wiele osób o nim myśli. Tak naprawdę wszystkich obowiązywały takie same reguły. Niestety w tamtym okresie polska piłka nie była zdrowa, każdy z czołówki grał „tym samym systemem”. Na boisku było to poza nami. To, że miałem zarzut korupcyjny, wynikało z głupiego incydentu, okrzyku w kierunku sędziego. Później odbiło mi się to czkawką, za ten zarzut zostałem skazany. Ale ten pierwszy awans pamiętam do dziś. Drugi za Wojciecha Stawowego wywalczyliśmy dopiero z czwartego miejsca. Ale ten pierwszy, te tłumy kibiców, przemarsz kilku tysięcy ludzi za naszym autokarem, którym jechaliśmy przez Gdynię. To było coś pięknego, jak teraz sobie o tym myślę, to łezka się w oku kręci. Ale historia może zatoczyć koło, mogę ten czas spędzony w Arce spiąć klamrą i powtórzyć ten sukces.
44 występy w ekstraklasie. Gdy przeanalizujesz swoje umiejętności, możliwości, to jacy piłkarze w niej grają - dużo czy mało?
Zdecydowanie mało, mogłem tę liczbę poprawić. Był okres, że nieskromnie powiem, ale biło się o mnie kilka klubów. Mogłem podpisać kontrakt w Lechu Poznań, chciał mnie Górnik Zabrze. Ale to ja zdecydowałem, że zostaje w Gdyni. Prosiłem też wszystkich, żebyśmy po tej karnej degradacji pozostali w drużynie. Nie byłem wtedy najstarszy, ale miałem w sobie tę charyzmę, że już wtedy liczono się w szatni z moim głosem. Były w niej osobowości – Karwan, Moskalewicz, Niciński – ale to ja byłem prowodyrem tego, by zostać i odbudować pozycję klubu. Czułem ten klimat, zresztą ja się czuję jakbym był wychowankiem Arki. Kibice, ludzie w klubie, cenią mnie, a ja to bardzo szanuję. Klub zawsze też mi zwracał to oddanie i pomógł mi w kilku momentach mojego życia.
Był jednak czas, gdy występowałeś poza Gdynią. Z Olimpią Elbląg wywalczyłeś nawet awans do I ligi. Grałeś też w Warcie Poznań. Myślałeś wtedy, że jeszcze kiedyś wrócisz do Arki?
Po aferze korupcyjnej, gdy zostałem skazany, musiałem się odsunąć w cień. Udzieliłem wtedy wywiadu, że wierzę w powrót do Arki. Mogłem wrócić już w tym roku, w którym podpisałem kontrakt z Wartą (2011 – przyp. LB), bo trener Petr Nemec bardzo mnie na to namawiał. Ale ja mam swoje zasady i jak dam komuś słowo, to się z niego nie wycofuję. A wtedy dałem słowo pani Łukomskiej-Pyżalskiej i Przemkowi Erdmanowi, który pilotował sprawy w Warcie. On mi kiedyś bezinteresownie pomógł i byłem mu zobowiązany. Dałem też słowo panu Pyżalskiemu, który twardą ręką rządził w klubie, a to facet charakterny, z którym się lubiliśmy. Wracając do pytania, mogłem już rok wcześniej wrócić do Arki, ale co się odwlecze to nie uciecze. Jestem w Gdyni ponownie od 2012 roku i może zepnę ten czas trzecim awansem.
W poprzednim sezonie komentowałem wasz mecz w Chojnicach, który był dla ciebie jubileuszowym 200. występem w barwach Arki. Przygotowując się do tego spotkania bardzo zdziwiłem się, że przez cały pobyt w gdyńskim klubie strzeliłeś tylko jednego gola – w I lidze przeciwko Piastowi Gliwice. Aż ciśnie się na ustach dlaczego tak mało, dlaczego facet mierzący prawie 190cm nie zdobywa bramek?
Nigdy nie miałem do tego smykałki, piłka nie szukała mnie w polu karnym. Zauważyłem nawet ostatnio, że trenerzy wolą, żeby przy stałych fragmentach zabezpieczał tyły.
W tym sezonie nawet jak w Płocku miałeś karnego…
No tak, wtedy też nie strzeliłem. Jakoś tak się składa, nie potrafię tego wytłumaczyć.
A gdyby w meczu decydującym o awansie był rzut karny, podszedłbyś?
Nie podszedłbym ale nie dlatego, że się boję. Po prostu uważam, że w naszej drużynie najlepiej karne bije Marcus. Są też inni, np. Mateusz Szwoch, który jeszcze przed odejściem do Legii bardzo dobrze wykonywał jedenastki. Czasami nie trzeba się na siłę wyrywać i pokazywać, że jest się kapitanem. Trzeba robić te rzeczy, w których jest się najlepszym. W Płocku wziąłem piłkę dlatego, że na odprawie była pod tym względem cisza. To było po spotkaniu z Zawiszą, w którym karnego zmarnował Marcus. Widziałem blady strach, który padł na drużynę, dlatego się podjąłem. Nie uderzyłem bardzo źle, ale bramkarz obronił i potem się już z tego wyleczyłem. Niech strzelają inni.
Obserwuję Arkę wnikliwie od dobrych kilku lat. I mam wrażenie, że były już po spadku z ekstraklasy okresy, gdy personalnie, na papierze, wcale nie wyglądaliście gorzej niż teraz. Były przebłyski, udane mecze, dobra gra w Pucharze Polski, ale nie udało się awansować. Dwa tygodnie temu rozmawiałem na tych lamach z prezesem Pertkiewiczem, który powiedział, że teraz wreszcie tworzycie w szatni prawdziwą dobrze dogadującą się „bandę”. To jest tajemnica dobrych wyników w tym sezonie?
Ma to duże znaczenie. Co tu dużo mówić, przecież np. za trenera Nemeca też były w Gdyni indywidualności, dobre nazwiska. Ale atmosfery takiej jaka jest teraz, nie było nigdy. A jestem tu już długo. Nawet jak Arka spadała z ekstraklasy, to dochodziły mnie głosy, że atmosfera była zła. Już po moim powrocie też nie było pod tym względem najlepiej, tworzyły się grupki, szatnia była podzielona. Ja też gdy przychodziłem w 2012 to nie uważałem, że coś mi się należy. Kapitanem był Tomek Jarzębowski, szanowałem to, że on był starszy i bardziej doświadczony. Ale niestety był podział na dwie grupy, w końcu to pękło i z „Jarzą” skoczyliśmy sobie do gardeł.
To już wiem, dlaczego nie pojechałeś ostatnio na mecz do Suwałk…
(Śmiech) Nie, pauzowałem za kartki.
Gdy patrzysz na losy zespołów, które w ostatnich latach wchodziły do ekstraklasy i gdy przeanalizujesz wasz potencjał. Uważasz, że Arka w tym składzie poradziłaby sobie spokojnie w wyższej klasie rozgrywkowej?
Ciężko powiedzieć ale myślę, że nie! Uważam, że w ekstraklasie jest inna jakość, moglibyśmy się okazać „za krótcy”. Na I ligę jesteśmy mocni, ale po awansie potrzebne byłyby wzmocnienia. Ale broń Boże, nie chodzi mi o wymianę połowy składu.
Patrząc na obecną sytuacje brak awansu były frajerstwem?
Na ten moment gdybyśmy nie awansowali, to powiedziałbym, że jesteśmy frajerami. Mamy 8 punktów przewagi, a przed poprzednią kolejką mieliśmy jeszcze więcej. Ale piłka widziała już nie takie numery i każdą przewagę można roztrwonić. Wierzę jednak, że jesteśmy na tyle mądrym zespołem, że nie popełnimy takiego błędu, nie zmarnujemy tego co do tej pory zbudowaliśmy.
Spytam jeszcze o najbliższy mecz. W piątek podejmujecie GKS Bełchatów, drużynę która jest znacznie niżej od was w tabeli, ale jesienią w ostatniej chwili uratowaliście z nimi remis. Są bardzo groźni przy stałych fragmentach, szykujesz się na twardą walkę w powietrzu?
Walczę z czasem, by zagrać w tym meczu. Ale szanse są niewielkie, po meczu z Miedzią mam obrzęk w okolicach ścięgna Achillesa. Ale to będzie ciężkie spotkanie. Nie ma łatwych meczów i nie będzie. My się na to nastawiamy i na pewno nie zlekceważymy rywala. Doskonale pamiętam pojedynki z silnymi, wysokimi zawodnikami z Bełchatowa. Jaki będzie wynik przekonamy się po końcowym gwizdku. Ale my u siebie musimy wygrywać.
Jak widzisz swoją przyszłość za kilka lat, gdy skończysz już z graniem, będziesz trenerem? Masz już przecież za sobą epizod, gdy w 2009 byłeś grającym trenerem Lubrzanki Kajetanów.
Nie wiem ile lat gry mi jeszcze zostało. Ale wierzę, że będę kiedyś dobrym trenerem. Po to robię teraz kurs uzupełniający UEFA B+A, który ukończę w lipcu. Widzę siebie przy piłce, myślę że mam predyspozycje do bycia szkoleniowcem. Ale widzę po swoich kolegach, że trener to jest trudny zawód. Łatwo nie jest i nie będzie.
Rozmawiał Leszek Bartnicki