Od momentu zwolnienia z Floty Świnoujście, którą zostawił na drugim miejscu w tabeli, trzy lata czekał na powrót na pierwszoligową ławkę trenerską. 31 marca został szkoleniowcem Wigier i stoi przed wyzwaniem utrzymania suwalskiego klubu na zapleczu ekstraklasy. Dominik Nowak wierzy jednak w potencjał swoich nowych podopiecznych.
Długo zastanawiałeś się nad przyjęciem propozycji z Suwałk, miałeś w ogóle jakieś wątpliwości?
Nie miałem, jestem trenerem i uważam, że znam 1. ligę. Oglądałem wcześniejsze mecze Wigier i widziałem w tym zespole potencjał. Gdy przejmujesz zespół znajdujący się w strefie spadkowej, to nigdy nie jest łatwe zadanie. Z drugiej strony jest to fajne wyzwanie i wierzę, że na koniec sezonu uda nam się utrzymać ligę dla Suwałk.
Czy twoim zdaniem wynik sportowy odzwierciedla potencjał tej drużyny? Tylko sześć zwycięstw, ostatnie miejsce nie licząc Dolcanu, czy Wigry kadrowo są aż tak słabe?
Uważam, że to nie jest zespół, którego potencjał skazywałby na degradację. Jestem tego pewny. Problem tkwi moim zdaniem gdzie indziej. Tym problemem była szeroko pojęta organizacja gry. Do tego kwestia meczów u siebie, seryjnie przegrywanych (dziewięć domowych porażek z rzędu – przyp. LB). Gdyby Wigry przynajmniej w części tych spotkań w Suwałkach zapunktowały, to bylibyśmy dziś w zupełnie innym miejscu. Teraz kluczowe jest odbudowanie drużyny pod względem mentalnym. Potrzebne jest zwycięstwo, ono niezwykle pomoże w nawiązaniu skutecznej walki o utrzymanie.
A czy miałeś okazję spotkać się i porozmawiać z Donatasem Venceviciusem? On pracował w tym klubie od kilku sezonów, czy przekazał ci swoje obserwacje? Czy ta zmiana warty odbyła się w sposób „pokojowy”?
Długo rozmawialiśmy z trenerem Venceviciusem. Przekazał mi swoje uwagi, uzyskałem od niego wiele informacji o zespole. Takie spotkania tego, który opuszcza stery i tego, który je przejmuje, są niezwykle ważne. Oczywiście mam inną wizję prowadzenia tej drużyny, ale jego indywidualne uwagi odnośnie poszczególnych zawodników są cenne. Dla nowego szkoleniowca im więcej ma takich wiadomości tym lepiej.
Jakie są twoje pierwsze wrażenia odnośnie warunków jakie zastałeś w Suwałkach, bazy treningowej jaką klub dysponuje?
Tylko i wyłącznie na plus i nie jest to kurtuazja tylko fakty. Organizacyjnie ten klub jest w pełni przygotowany by funkcjonować na pierwszoligowym poziomie. Bardzo zaangażowany ale spokojny prezes Dariusz Mazur, podobnie jak dyrektor sportowy Jacek Zieliński. To ludzie, którym leży na sercu by w Suwałkach była 1. liga. Warunki treningowe też są bardzo dobre, pod tym względem nie mam prawa na nic narzekać.
Zupełnie inaczej niż we Flocie, z którą długo liderowałeś w 1. lidze i dotarłeś do ćwierćfinału Pucharu Polski, a zdarzało się, że musieliście trenować na zakolach za bramką…
No tak, nie ma nawet co porównywać. Pod względem aspektów szkoleniowych to niebo i ziemia. W Suwałkach mam codziennie do dyspozycji pełnowymiarowe trawiaste boisko treningowe, a więc możliwość wdrażania na każdych zajęciach elementów, na których mi zależy. Pod tym względem nic nas tutaj nie ogranicza. Bardzo blisko mamy również siłownię. Posiadamy też bardzo dobrego fizjoterapeutę Daniela Terleckiego, który pracuje też przy reprezentacji Polski U-20 prowadzonej przez Miłosza Stępińskiego. Bardzo wysoko też oceniam asystenta Grzegorza Mokrego. Wszystko jest więc dopięte na ostatni guzik, jedyne czego brakuje to wyniku sportowego.
Gdyby ktoś, nie wnikając specjalnie, rzucił okiem na tabelę, to zauważy że Wigry tracą niewiele bramek. Tylko pięć zespołów w lidze ma szczelniejszą defensywę, np. liderująca Arka straciła zaledwie o dwa gole mniej. Czy to właśnie gra obronna jest największym atutem drużyny z Suwałk?
To wszystko musi być powiązane. Płynność przechodzenia z ataku do obrony i na odwrót. Oczywiście mało bramek Wigry tracą, ale też w ostatnich meczach rzuciło mi się w oczy, że te bramki tracimy w łatwy sposób, często po błędach indywidualnych, błędach, których można było uniknąć. Natomiast choćby dwa ostatnie spotkania pokazały też, że potrafimy stwarzać sytuacje bramkowe. Bardzo cieszę się, że odblokował się Kamil Adamek, bo to chłopak, któremu te gole były bardzo potrzebne w perspektywie kolejnych meczów. Musimy oczywiście nadal pracować, żeby stwarzać te sytuacje. Ale w drużynie jest sporo piłkarzy o predyspozycjach do gry kombinacyjnej i to mnie bardzo cieszy, bo jestem zwolennikiem tego, żeby zespół grał w piłkę, budował akcje od tyłu. Ale to wszystko musi być zbalansowane między grą w obronie i grą w ataku. W tym tygodniu popracowaliśmy nad tymi elementami i mam nadzieję, że to będzie procentowało w meczach.
Jednym w pierwszych twoich pomysłów, które można było dostrzec już w debiucie z MKS Kuczbork, było wystawienie dwóch nominalnych napastników: Kamila Zapolnika i Kamila Adamka. Zadowolony jesteś z efektów tego eksperymentu?
Miałem mało czasu, objąłem zespół w czwartek, a w sobotę graliśmy już mecz. Ale myślę, że pomysł wypalił, skoro Adamek strzelił dwa gole, a i Zapolnik był blisko bramki na 3:1. Zadowolony jestem też z tego jak wyglądała już w tym tygodniu ich współpraca na treningach. Widać postępy i mam nadzieję, że przełożą to na mecze ligowe.
Rozumiem, że dalej będziesz próbował tego ustawienia.
Myślę, że tak. Jak zauważyłeś Wigry mało goli traciły, ale też niewiele strzelały. Jeśli myślimy o utrzymaniu, to mimo potrzeby zbalansowania, o której mówiłem, musimy też stwarzać sytuacje i zdobywać bramki. Remisami nic nie ugramy, musimy praktycznie w każdym meczu grać o zwycięstwo.
Ostatni wasz mecz – a zarazem twój pierwszy – z MKS Kluczbork to był prawdziwy „rollercoaster”. Cztery gole, niewykorzystany karny, czerwona kartka, nieuznany gol dla gości w ostatniej minucie. Dwukrotnie prowadziliście, ale mogliście też przegrać. Z perspektywy kilku dni, to bardziej punkt zdobyty, czy dwa stracone?
To był szalony mecz. Wspinaliśmy się, byliśmy w dobrej sytuacji po golu Adamka na 1:0, potem niefortunnie straciliśmy bramkę na 1:1. Można jej było uniknąć i dokładnie to z zespołem analizowaliśmy. Po przerwie wydawało się po 3-4 minutach, że dobrze weszliśmy, po czym straciliśmy zawodnika. W tym momencie grając w dziesiątkę mogliśmy sobie powiedzieć, że remis będzie dobrym wynikiem. Ale skoro objęliśmy ponownie prowadzenie i od 70’ poukładaliśmy sobie grę w defensywie, tak że rywal nie stwarzał okazji, a my takie mieliśmy, to szkoda, że tego nie dowieźliśmy. Choć już przy stanie 2:2, mogliśmy też przegrać. Ale suma sumarum punkt jest punkt i też trzeba go szanować.
W najbliższym meczu w Chojnicach nie będą mogli zagrać za kartki Tomasz Jarzębowski i Maciej Wichtowski. Czeka cię poważne przemeblowanie bloku obronnego w stosunku do twojego debiutu. Zapewne do podstawowego składu wróci niedawny pewniak Jakub Bartkowski. Czy obrona to formacja, nad którą w związku z tym dużo pracowałeś w tym mikrocyklu?
Siłą rzeczy będą w tej formacji duże zmiany i nad tym od pierwszego wtorkowego treningu pracowaliśmy. Wtorkowego, bo w poniedziałek były bardziej zajęcia regeneracyjne. Wtorek, środa i czwartek to było dużo pracy nad odpowiednim ustawieniem w obronie i asekuracją. Tak, żeby zawodnicy w linii obrony czuli się między sobą pewnie. Ale pracowaliśmy też nad organizacją całego zespołu jeśli chodzi o odbiór piłki. Nie będę oczywiście zdradzał szczegółów jaki mamy pomysł przed meczem z Chojniczanką, ale jestem dobrej myśli, że będzie to zwarta formacja defensywna. Czasu może nie było dużo, ubytki kadrowe w obronie są znaczne, ale nie ma sensu narzekać. Mamy szeroką kadrę i każdy z zawodników jest dla mnie bardzo ważny i musi dołożyć swoją cegiełkę.
Sam powiedziałeś, że masz w zespole zawodników stworzonych do gry kombinacyjnej. Jednym z nich jest bez wątpienia Hiszpan Omar Santana. Problemy zdrowotne uniemożliwiły mu grę od początku w meczu z MKS Kluczbork, jak obecnie wygląda jego sytuacja?
Rzeczywiście przed poprzednim meczem złapał infekcję, ale już wszystko jest w porządku. To istotne ogniwo w moim zespole i szkoda, że z Kluczborkiem nie zagrał od początku. Po przerwie wszedł i nie mogę mu nic zarzucić, choć praktycznie przez całą połowę graliśmy w dziesięciu. Wierzę, że w Chojnicach spełni swoje zadania.
Wasz najbliższy rywal Chojniczanka, to jedno z największych zaskoczeń in minus początku wiosny. Zdobyli tylko dwa punkty, mimo że grali raczej z drużynami z dołu tabeli. Sytuacja w ich zespole z pewnością jest daleka od komfortowej. A jak ty oceniasz tego rywala? Patrzysz tylko przez pryzmat początku tego roku, czy może szerzej?
Zdecydowanie oceniałbym Chojniczankę szerzej, nie tylko przez pryzmat nieudanej wiosny. Każdy mecz jest inny, a oni niezaprzeczalnie mają swoje atuty. My o nich wiemy. To są na pewno dobre stałe fragmenty gry, dużo nad tym elementem pracowaliśmy. Ale mają też luki, które postaramy się w sobotę wykorzystać. Potencjał Chojniczanki, patrząc na indywidualne umiejętności piłkarzy jest duży. Wystartowali jednak źle i zapewne atmosfera jest nerwowa. Nie ukrywam, że jedziemy tam z chęcią wywiezienia trzech punktów.
Czy szacujecie ile punktów będzie potrzebne do utrzymania? Zazwyczaj przyjmuje się jako graniczną liczbę 40, ale biorąc pod uwagę jak punktuje dół tabeli i dodatkowo kwestię walkowerów za Dolcan, może to być za mało.
Wszystko będzie dynamiczne, ja mówiąc szczerze nie prowadzę takich analiz. Nie chcę mówić ilu punktów potrzebujemy. Powiedziałem swoim piłkarzom, że dla nas każde spotkanie będzie niezwykle istotne. Ale nie może być tak, że pojedynczy mecz będzie rzutował na całokształt. Jest jeszcze dziesięć kolejek i musimy się koncentrować na najbliższym. Ta liga pokazuje też, że każdy z każdym może wygrać. Przecież niedawno Wigry zagrały z Arką spotkanie, którego absolutnie nie musiały przegrać. Nie ma więc co kalkulować, w każdym meczu trzeba walczyć i wyszarpywać punkty. I mam nadzieję, że od konfrontacji w Chojnicach zaczniemy to robić.
Rozmawiał Leszek Bartnicki